Thomas Cloud – Wywiad z organizatorem i pomysłodawcą cyklu imprez „We Love Swedish House”

16 Lis 2015

thomas-cloud-we-love-swedish-house-wywiad

Pamiętam, jak kilka lat temu, szukałem w Warszawie klubowej imprezy, która skupiałaby się wokół aktualnej muzyki elektronicznej. Razem ze znajomymi chodziliśmy po różnego rodzaju klubach, gdzie w zasadzie zawsze były grane „eskowe” hity i obowiązywały promocje pokroju „piwo za darmo”. Pewnego dnia, znalazłem na Facebooku zapowiedź wydarzenia o nazwie „We Love Swedish House”, organizowanego w warszawskim klubie Capitol. Nie robiłem sobie zbyt wielkich nadziei, ale opis wskazywał, że to może być to czego szukam. Zebraliśmy się grupą i wyruszyliśmy na imprezę. Pierwsze wrażenie? WOW! To było jak wejście do innego świata. Pirotechnika, lasery, tancerki, tłum rozbawionych ludzi i to co najważniejsze, czyli wspaniała muzyka. Pierwszym utworem, który usłyszałem było „The Way We See The World” od Afrojack, Dimitri Vegas, Like Mike i NERVO. Od razu wiedziałem, że wreszcie znalazłem to czego tak długo szukałem.

W najbliższy piątek odbędą się trzecie urodziny cyklu We Love Swedish House, gdzie wystąpią m.in. DubVision. Z tej okazji, postanowiłem przeprowadzić wywiad z pomysłodawcą i organizatorem tych imprez. Jest nim Tomasz Tkacz aka Thomas Cloud. Człowiek z ideą, odwagą i umiejętnościami, które pozwoliły mu zbudować markę WLSH. Aktualnie, cykl ten przyciąga fanów EDM z całej Polski. Głównie za sprawą fantastycznej atmosfery, ale i również ze względu na gwiazdy, które występowały podczas wcześniejszych edycji. Blasterjaxx, Ummet Ozcan, Kryder, Dzeko&Torres, to tylko kilka aliasów z długiej listy gości. Jeśli zastanawiacie się jak zrodziły się pomysł na taki event, jak wygląda organizacja imprezy i booking artystów oraz jak to możliwe, że wejściówki są tak tanie, to odpowiedzi znajdziecie w tym wywiadzie. Zapraszam!

Jako, że 20 listopada odbędzie się impreza celebrująca trzecie urodziny cyklu We Love Swedish House, wróćmy do korzeni tego wydarzenia. Skąd wziął się pomysł na nazwę „We Love Swedish House”?

Zacznijmy od tego, że pierwsza odsłona cyklu „We Love Swedish House” odbyła się we wrześniu 2012 roku. Był to okres, kiedy jedną z topowych formacji, jeżeli chodzi o muzykę klubową, była Swedish House Mafia. Bardzo inspirowali mnie szwedzcy artyści, uwielbiałem ich styl budowania setów. Do dziś jestem ogromnym fanem szwedzkich brzmień. Wprawdzie Swedish House nie jest gatunkiem muzycznym, ale jest to pewien charakterystyczny styl, który łatwo rozpoznać. Pomysł na nazwę zrodził się zupełnie spontanicznie. Chciałem, żeby wpadała ona łatwo w ucho oraz nawiązywała do rodzaju muzyki, którą chcę promować podczas tych imprez. Któregoś dnia zebrałem swoich najbliższych znajomych i przedstawiłem im swój pomysł. Każdy odniósł się do niego bardzo pozytywnie. Szczególnie, że w Warszawie nie było wtedy w ogóle imprez o takiej tematyce. Uznałem, że trzeba spróbować. Byłem bardzo podekscytowany tym pomysłem.

Czy to jak teraz prezentuje się WLSH jest zgodne z tym co planowałeś na początku?

Pomysł na imprezę był zupełnie inny. To jak to wygląda teraz, znacznie przewyższa moje początkowe wyobrażenia. Z założenia, miała to być zwykła impreza, na której po prostu będę mógł dzielić się z ludźmi muzyką, którą się pasjonuje. To był mój główny cel. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę mógł na te imprezy zapraszać zagranicznych artystów. Zupełnie nie przeszłoby mi przez myśl to, że w przyszłości na odsłony tego projektu będą przyjeżdżać ludzie z całej Polski. Nie spodziewałem się, że to aż tak się rozwinie. Kiedy zaczynałem nie miałem zbyt dużej wiedzy na temat organizacji tego typu wydarzeń lub bycia w roli promotora. Nie miałem doświadczenia… ale miałem głowę pełną pomysłów, których realizacja była dla mnie wyzwaniem.

Dlaczego współpracujesz akurat z klubem „Capitol” w Warszawie? Jesteś jedyną osobą odpowiedzialną za organizację WLSH?

Tak. Jestem pomysłodawcą oraz prawnym właścicielem projektu tych imprez. Na mojej głowie spoczywa zaplanowanie całego wydarzenia, kwestie bookingowe, logistyczne, marketingowe oraz oczywiście organizacja. Przy sprawach związanych ze scenografią lub promocją wydarzeń pomagają mi znajomi lub partnerzy, z którymi współpracuję. Na sukces każdej imprezy zawsze pracuje kilkadziesiąt osób.

Co do Capitolu – nie ukrywam, że jest to jedyny klub w Warszawie, który odpowiada mi pod kątem organizacji tych imprez. Pojemność jest odpowiednia. Lokal jest wysoki, co pozwala nam na atrakcje pirotechniczne. W klubie istnieje możliwość skonstruowania sceny. To kilka z wielu czynników, które wpływają pozytywnie na zaplanowanie takiego wydarzenia oraz stworzenie odpowiedniej atmosfery. To dla mnie bardzo ważne. Zanim powstał pomysł tego cyklu, byłem rezydentem klubu Capitol i regularnie tam grałem.

Aż w końcu wpadłeś na pomysł zorganizowania cyklu imprez?

Zauważyłem, że imprezy, na których grałem, cieszyły się dużą frekwencją. Pomyślałem, że chciałbym zrobić krok naprzód i spróbować czegoś więcej. Tak zrodził się pomysł na własny cykl imprez. Poszedłem do menadżera klubu i przedstawiłem cały plan. Pomysł wydał się ciekawy dla zarządu klubu, więc bez problemu otrzymałem pozwolenie na zorganizowanie własnej imprezy.

Nie miałem okazji uczestniczyć w pierwszej edycji WLSH. Jak ona wyglądała?

Wtedy nie miałem jeszcze doświadczenia w organizowaniu tego typu wydarzeń i nie dysponowałem dużym budżetem. Zadzwoniłem do kilku znajomych DJ-ów z zapytaniem, czy chcieliby zagrać na pierwszej odsłonie mojego nowego projektu. Opowiadałem jaki jest zamysł oraz wyraźnie zaznaczyłem, że główny cel imprezy, to promocja świeżej muzyki klubowej. Każdy z DJ-ów wierzył, że razem stworzymy imprezę, podczas której będziemy mogli grać taką muzykę jaką uwielbiamy najbardziej. Może to brzmi dziwnie, ale naprawdę wtedy nigdzie w Warszawie nie było imprez z taką muzyką. Poza Warszawą takie imprezy zdarzały się bardzo sporadycznie. Pierwsza odsłona cyklu wyszła całkiem dobrze i pokazała mi, że należy kontynuować ten projekt. Zgromadziliśmy wtedy w klubie Capitol około 700 osób. To był dobry wynik. Jednak liczby nie były dla mnie najbardziej istotne. Ważne było to, że udało się z powodzeniem zorganizować imprezę, której scenariusz muzyczny był zupełnie inny niż w pozostałych klubach. Da się? Da się!

No właśnie… To jest stały dylemat. Czy DJ gra dla siebie, czy dla publiczności?

To jest ten problem. Wielu DJ’ów narzeka, że musi dostosować się do publiczności. Osobiście, wychodzę z innego założenia. Uważam, że to właśnie od DJ-a zależy jaki będzie panował klimat w klubie. Wszystko można wypracować. Nie od razu Rzym zbudowano. To oczywiste, że zupełnie inna atmosfera była podczas pierwszej odsłony cyklu We Love Swedish House, a znacznie lepsza jest teraz. Na tę atmosferę jaka panuje teraz pracowaliśmy wiele miesięcy. Pokazywaliśmy ludziom co jest domeną tego projektu i z biegiem czasu ludzie przyzwyczaili się do tego, czego mogą się spodziewać. Nie jest to łatwe, ale na pewno nie jest to niemożliwe.

To właśnie wypracowałeś w związku z WLSH?

Nie ukrywam, że podczas pierwszych odsłon tego cyklu, w klubie bywało sporo przypadkowych osób. Byli to ludzie, którzy nie mieli pojęcia jaka będzie leciała muzyka, co to jest za klimat i co to za impreza. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że 100% osób, które uczestniczą w cyklu We Love Swedish House to publika, która wie po co przyszła. Publika, która kocha muzykę tak samo jak ja. Włożyłem wiele wysiłku w to, aby coś takiego osiągnąć. Pragnę pokazać ludziom, że najistotniejszym elementem każdego wydarzenia klubowego powinna być muzyka, a nie skórzane sofy, promocje na barze, światełka, kobiety czy ładne plakaty na Facebooku. To jest niby tak oczywiste, a jednak 90% menadżerów klubów w naszym kraju tego nie rozumie. U nas panuje zwyczaj oszczędzania na scenariuszu artystycznym. Nie rozumiem tego. Przecież żyjemy w czasach globalnej rewolucji social media, więc uważam, że to właśnie ulubiony artysta jest w stanie najbardziej wzbudzić zainteresowanie klubowiczów danym wydarzeniem.

Czyli nazwa „We Love Swedish House” nie ogranicza DJ-ów do grania tylko np. Progressive House?

Impreza ogólnie skupia się wokół muzyki EDM (Electronic Dance Music). Możemy założyć, że podczas odsłon tego cyklu głównie usłyszymy Progressive lub Electro House, jednak każdy artysta buduje set na swój własny sposób i to jest właśnie wyjątkowe. W historii tego cyklu grało tylko czterech Szwedów, a zdecydowana większość artystów, którzy występowali to Holendrzy. Czasami pojawiało się pytanie – dlaczego akurat „Swedish”. Dobierając zagranicznych artystów na odsłony tego projektu nigdy nie przywiązuję uwagi do tego, kto z jakiego kraju pochodzi. To jest mało istotne. Nazwa projektu nie nawiązuje do tego, że podczas jego odsłon usłyszymy tylko szwedzkie brzmienia. Zastanawiałem się jakiś czas temu nad zmianą nazwy jednak uznałem, że było by to dosyć ryzykowne. Marka tych imprez stała się dosyć popularna w środowisku klubowym. Zmiana nazwy mogła by wyrządzić więcej złego niż dobrego…

Myślałeś o tym, aby rozwinąć tę imprezę? Może przekształcić w festiwal?

Oczywiście, że myślałem o tym. Nie ukrywam, że zorganizowanie dużego festiwalu jest jednym z moich marzeń i mam nadzieję, że kiedyś zostanie to zrealizowane. Podjąłem pierwsze działania w tym kierunku, ale nie zakończyło się to sukcesem. Przez wiele tygodni przygotowywałem projekt festiwalu, który mógł by zostać zorganizowany w Warszawie. Dopiero pracując nad nim zdałem sobie sprawę, jak wielkich nakładów finansowych wymaga tego typu przedsięwzięcie. To olbrzymia odpowiedzialność. Chciałbym coś takiego zorganizować, ale póki co, nie mam takich możliwości.

Skoro jesteśmy przy pieniądzach… Pamiętam, że gdy byłem na jednej z pierwszych edycji WLSH, płaciłem za bilet 20-25 zł. W trakcie imprezy było sporo animacji, tancerki na linach, confetti i mnóstwo innych atrakcji. Jak to możliwe, że ceny wejściówek są tak niskie?

Nie traktuję projektu tych imprez, jako biznesu. Moim głównym celem nie jest zarabianie na tym pieniędzy, tylko przede wszystkim organizacja ciekawego wydarzenia. To jest na pierwszym miejscu. Nigdy nie chciałem, aby cena biletu była zbyt duża. Nie to jest tutaj najważniejsze. Dzięki temu, że nie jestem tylko promotorem, ale również DJ-em, mam do tego trochę inne podejście. Od początku istnienia tego projektu uznałem, że chcę to robić dla idei, a nie dla pieniędzy. Nie mówię, że pieniądze są nieistotne, bo tak nie jest, jednak nie można ich stawiać na pierwszym miejscu. To takie mało ambitne. Czymkolwiek byś się w życiu nie zajmował – skup się na tym i na efekcie końcowym swojej pracy. Pieniądze przyjdą we właściwym momencie. Znam wielu promotorów, którzy swoje projekty tworzyli głównie z nastawieniem na zysk. Zdecydowana większość z nich zakończyła działalność dosyć szybko.

Czy jest jakieś założenie odnośnie tego, jak często ma się odbywać WLSH?

Póki co, odsłony tego projektu odbywają się raz na kwartał. Wcześniej organizowałem je raz w miesiącu, ale zrezygnowałem z tego. Nie ma ustalonego schematu częstotliwości tych imprez. Aby być na bieżąco należy śledzić oficjalny profil cyklu na portalu Facebook.

Specjalnym gościem najbliższej edycji WLSH jest duet DubVision. Czy brałeś pod uwagę innych znanych producentów?

Brałem pod uwagę również Deniza Koyu, Matisse & Sadko lub Laidback Luke’a. Rozmowy z agencjami trwały dosyć długo, lecz ostatecznie wybór padł na DubVision. Dogranie wszystkich formalności wymaga trochę czasu. Im artysta jest bardziej rozpoznawalny, tym proces bookingu jest bardziej skomplikowany. Zdarza się czasami tak, że po miesiącu negocjacji nic nie dochodzi do skutku i ostatecznie bookowani są artyści, którzy nie byli początkowo planowani. Mimo wszystko zawsze jestem zadowolony z efektu końcowego. Podczas I urodzin cyklu, z zagranicznych artystów zagrali – Blasterjaxx oraz Ummet Ozcan. Mało kto wie o tym, ale szczerze wyszło to przez przypadek. Zgodnie z planem miałem wtedy zabookować 3 zagraniczne nazwiska – Daddy’s Groove, Matisse & Sadko oraz Sick Individuals. To był świetny plan, jednak nie został zrealizowany. Wszystko było gotowe, jednak wystąpiły problemy z połączeniami lotniczymi dla artystów. Ostatecznie zadecydowałem o zmianie planów. Jestem zadowolony z wyboru DubVision, jeżeli chodzi o nadchodzące 3 urodziny cyklu. Śledzę ich twórczość od dłuższego czasu. To dobry booking. Mają sporo czasu, aby zaprezentować swoją twórczość, gdyż zagrają 1,5h seta.

Twoim zdaniem, jak często mogłaby być organizowana impreza pokroju WLSH? Chodzi mi o wydarzenie, gdzie zapraszane są gwiazdy EDM.

Myślę, że w Warszawie mogłoby to być nawet w każdy weekend. To jest jedno z moich największych marzeń, aby powstał w stolicy lokal, który byłby świątynią muzyki klubowej, gdzie regularnie przyjeżdżaliby światowej sławy DJ-e i producenci. Jest to do zrealizowania, jednak potrzeba nam więcej ludzi z pasją. W klubach brakuje menadżerów, którzy fascynują się rynkiem klubowym. Takich, którzy są cały czas na bieżąco z trendami, śledzą co się dzieje zagranicą i przede wszystkim śledzą rynek muzyczny. Niestety zdecydowana większość osób, które zarządzają klubami w naszym kraju, nie ma zielonego pojęcia o muzyce. Wierzę, że kiedyś się to zmieni.

Piękna idea, ale jest to ryzykowne przedsięwzięcie…

Myślę, że domeną wszystkich wielkich ludzi jest to, że podejmują ryzyko. W ten sposób się osiąga sukces w każdej dziedzinie.

To dobre podsumowanie naszej rozmowy. Dziękuję za poświęcony czas i mam nadzieję, że będziesz miał możliwość wcielić w życie swoje plany.

Dzięki za rozmowę i do usłyszenia!

O autorze

Avatar autora
Tomasz Bagiński administrator

Miłośnik muzyki elektronicznej, który dzieli się swoją pasją z innymi ludźmi. Pomysłodawca, założyciel oraz właściciel marki Essential Music.