Wywiad z Piotrem Białasiewiczem – Twórcą portalu Live-Act.pl – Cz. 2


live-act-wywiad-cz-2

Przed Wami ciąg dalszy wywiadu z twórcą portalu Live-Act.pl. W drugiej części rozmawialiśmy o początkujących producentach, pasji, ghostproducingu, prawach autorskich i czerpaniu inspiracji. Jeśli jeszcze nie czytaliście, to zapraszam do opublikowanej wczoraj – pierwszej części. Tymczasem życzę miłej lektury.

O ile nie pracuje się w jakiejś firmie, bycie producentem muzycznym, to wolny zawód. Wymaga sporej samodyscypliny.

Będąc niezależnym producentem, teoretycznie można wstawać o 15, łatwo się rozleniwić. Nie ma rygoru, nie ma szefa, który mówi co masz zrobić. Czasem człowiek marnotrawi czas. Trzeba się samemu mobilizować. Wydaje mi się, że nie każdy jest w stanie sobie z tym poradzić.

Ile procent to pomysł na wykonanie utworu, a ile to czysta praca nad uzyskaniem zamierzonego efektu?

Myślę, że sam pomysł, to jakieś 20-30%. Reszta to umiejętności. Patrząc ogólnie na muzykę, nie chodzi o jakąś nadzwyczajną kreatywność, aby być dostrzeżonym. Chodzi o tę małą iskrę kreatywności, ale wykonaną w bardzo dobry technicznie sposób. Oczywiście nie ma reguły, ale żeby zajmować się tym latami, trzeba nabyć umiejętności.

Co myślisz o ludziach, którzy zdobyli jakąś podstawową wiedzę i od razu zakładają profil na SoundCloud i udostępniają swoje pierwsze produkcje?

Zwykle, tego typu utwory nie cieszą się dużą popularnością. Zdobywają po 200-300 odtworzeń. To normalna sprawa dla każdego kto zaczyna. Z czasem jednak, ucząc się i pogłębiając swoją wiedzę, zdajemy sobie sprawę jak wiele jeszcze nie umiemy. Na początku to wygląda inaczej. Wydaje nam się, że już wszystko wiemy i chcemy się pochwalić. Jeśli po swojej pierwszej „premierze”, ktoś dalej kontynuuje swoją przygodę z muzyką, rozwija się, to nie ma w tym nic złego. Gdy po 2 latach produkcji nadal ma się po 50 odtworzeń i nie możemy osiągnąć tego co chcemy, ale nie poddajemy się i nadal uczymy, to właśnie o to tutaj chodzi.

To właśnie jest wyznacznik każdej pasji, że nawet kiedy nie ma się wyników, to nadal się to kontynuuje. Łatwo jest działać kiedy wszystko idzie po naszej myśli. Wtedy wiatr wieje w skrzydła i jest wspaniale.

Ten wiatr często wieje, ale zdarza się, że przestaje. To się zdarza prędzej czy później. Wtedy pojawiają się wątpliwości. Coś na zasadzie: „Kurde zrobiłem świetny kawałek, ale ma mało odtworzeń. Nikt nie chce go słuchać!”. Zdarza się, że również osoba, z która współpracujemy lub dla której wykonujemy zlecenie, nie jest zadowolona.

Realizowałeś jakieś oryginalne projekty?

Zdarzały się. Na przykład zrealizowałem ścieżkę dźwiękową do niszowego filmu. To pozwala zarobić pieniądze.

Kiedyś tłumaczyłem wywiad ze Steve Angello, który powiedział, że na początku kariery był w stanie zagrać gdziekolwiek. Byle by mógł zarobić pieniądze i nadal robić to co kocha.

Jasne, dzięki temu można się rozwijać. Dajmy na to, kupić sprzęt. Nic się nie traci i jest to jakaś forma nauki.

Co myślisz o ghostproducingu? Kiedy ktoś podpisuje się pod nie swoim dziełem? Jak to wygląda z Twojej perspektywy, jako producenta muzycznego?

Wiesz, teraz żeby sprzedać muzykę, trzeba mieć wypromowane nazwisko. Wiele osób tworzy niezłą muzykę, która nie odstaje od topowych produkcji, ale nie mają nazwiska, siły przebicia i kontaktów. Dzięki temu, że powiedzmy Tiesto, wypromuje czyjąś piosenkę jako swoją, będzie ona miała szanse dotrzeć do słuchaczy. Czy to jest dobre? Na przykład w muzyce rockowej też zatrudnia się ludzi do pomocy. Można powiedzieć, że też jest to w jakimś stopniu oszustwo. Jeśli ghostproducent współpracuje w studio z danym artystą, gdzie każdy daje coś od siebie, to nie ma problemu.

W jednym z wywiadów, Maarten Vorwerk stwierdził, że nie potrzebuje sławy. Spełnia się w studio i to mu w zupełności wystarcza.

Jest wielu producentów, którzy świetnie wykonują swoją robotę. Nie interesuje ich ciągłe podróżowanie i granie na imprezach. Wtedy nie mieliby czasu na produkcję. Tak jak na przykład Skrillex. Czytałem, że występuje 300 razy w roku. Jak w tym biegu znaleźć czas na produkcję? Gdybym komponował muzykę elektroniczną, to też bym nie chciał cały czas jeździć po klubach i innych eventach. Nie jest to dla mnie ekscytujące

Właśnie dlatego niektórzy wolą sprzedać swój utwór.

Jeśli dostaje się za to rozsądne pieniądze i można godnie z tego żyć, to nie ma problemu. W pełni to rozumiem.

Czy masz jakieś swoje sposoby na czerpanie inspiracji?

Głównie słuchanie różnorodnej muzyki. Mam na myśli różnorodnej gatunkowo, jak i powstałej na przestrzeni lat.

Często współczesne produkcje, czerpią garściami ze starych hitów.

Samplowanie jest powszechne praktycznie w każdym gatunku. Samplowanie starych utworów jest czymś zupełnie naturalnym.

Laidback Luke stwierdził w jednym z wywiadów, że w dzisiejszych czasach nie istnieje coś takiego jak prawa autorskie.

Tak, trudno jest cokolwiek udowodnić. To śliski temat. Wiele rzeczy już było, więc teraz dzięki syntezatorom, operuje się głównie na brzmieniach. Te same akordy zabrzmią troszkę inaczej niż na gitarze. To powszechny temat, szczególnie w muzyce rozrywkowej. Ciężko jest stworzyć coś zupełnie nowego. Widać to w muzyce elektronicznej, gdzie co jakiś czas jest moda na jakiś podgatunek, a po roku pojawia się kolejny. Ale głównie w tym chodzi o barwę brzmienia. Taki jest moje wrażenie.

Czy masz swojego idola? Kogoś na kim się wzorujesz?

Hmmm… Szczerze mówiąc, to nie. Nawet jeśli chodzi o Hip-Hop połączony z elektroniką, który najbardziej mnie kręci, nie sprawdzam kto skomponował dany utwór.

A idol spoza muzyki?

Staram się wszędzie szukać inspiracji, ale nikogo nie kopiuję. To jest tak jak rozmawialiśmy o Włodku Markowiczu. Miałem lekki kryzys, ale po obejrzeniu 3 czy 4 jego materiałów stwierdziłem, że znowu zacznę nagrywać filmy. Skompletowałem sprzęt i wróciłem do tego. W ten sposób się inspiruję.

Masz jakieś inne pasje poza muzyką?

Interesuję się innymi rzeczami, ale nie nazwałbym tego pasją. Oddaję się w pełni temu co głównie robię, czyli produkcji. Kiedyś zainteresowałem się tworzeniem stron internetowych i też to rozwijam.

A sport?

Czasem biegam, bo jest się wtedy tylko z samym sobą i można zebrać myśli. Zdarzyło mi się kilka razy wpaść wtedy na jakiś pomysł.

Koniec części 2 z 3. Ciąg dalszy już jutro!


Autor: Tomasz Bagiński

Share This Post On